1435242836_facebook.png
logo rozewicz-motionmale

Obserwuj nas

youtube  facebook

Imię:  

Email:

Materiały z festiwalu 2011

Bohater - dekonstrukcja ("Kartoteka")

Jest pewien kłopot z „Kartoteką” Tadeusza Różewicza. No, bo jak w pięćdziesiąt jeden lat od premiery, po raz nie wiadomo już który przedstawić na scenie tę poetycką syntezę powojennych losów ludzkich? Czy zgodnie z tekstem, jako swego rodzaju dokument historyczny (któż jeszcze chciałby powracać do – wydaje się – minionych już realiów)? Czy może jednak – jak to coraz częściej ma miejsce – należałoby potraktować głęboki, wielowarstwowy tekst jako materiał do scenicznej improwizacji na już jak najbardziej współczesne tematy? Zwłaszcza, że przecież sam autor stworzył precedens takiej „operacji” na „Kartotece”, pisząc w trzydzieści lat od jej premiery „Kartotekę rozrzuconą”.

 

Po tym, jak w czerwcu obejrzeliśmy w hali magazynowej „Famegu” przedstawienie „Kartoteki” w reżyserii Michała Zadary i w wykonaniu aktorów Teatru Współczesnego z Wrocławia, obecnie w pierwszym dniu Festiwalu mieliśmy możliwość skonfrontowania tej interpretacji z wystawieniem Teatru Dzieci Zagłębia z Będzina. Obie „Kartoteki” łączyła pewna nadekspresja, swoisty rozmach w grze aktorskiej. Jakby realizatorzy obydwu spektakli nie dowierzali już sile poetyckiej ekspresji tekstu i aby mógł być jeszcze przyczynkiem do pogłębionej refleksji na długo po obejrzeniu przedstawienia. W obu przypadkach niejako postawiono więc na intensywne wrażenia wyłącznie w trakcie oglądania spektaklu. Jednak o ile we wrocławskiej interpretacji Michała Zadary mieliśmy możliwość obejrzenia improwizacji na temat wszystkich podstawowych wątków tekstu oryginalnego – to już w będzińskiej interpretacji Michała Kusztala trudno byłoby doszukać się licealiście tekstu jego lektury obowiązkowej. Bo oto na przykład sam BOHATER był tylko realistycznych rozmiarów lalką, a jego kwestie przejęli wciąż przedzierzgający się w różne role aktorzy. Wielce wymownym był tutaj moment rozbierania tej lalki na części i ponownego jej składania. Nie było w przedstawieniu teatru z Będzina wątków tekstu odnoszących się do wojennej i powojennej rzeczywistości. Na ich miejsce natomiast dopisano wątki odnoszące się do współczesności – do przemian w obyczajowości (jawny homoseksualizm), do zakłamania wyznawców tradycyjnych wartości (groteskowa procesja z lalką BOHATERA, jako Chrystusem na krzyżu) oraz do konsumpcjonizmu (wózek z supermarketu i rozbijanie kijem tekturowych pudeł).

 

Z tego w sumie niewesołego obrazu współczesności, przeczuwam, jeśli coś zostanie w pamięci na dłużej, to wypowiedziane w finale pytania o to, dokąd zmierza współczesny człowiek. A zwłaszcza ostatnie pytanie: „Do ściany?...” No i zapamiętam również brawurową grę Ewy Zawady, która z lekkością dziecięcej zabawy wcielała się w coraz inne, kreowane przez siebie postacie.

 

Paweł Bera

 

Recenzja jest autorstwa Pawła Bery. Administrator rozewiczopen.pl nie odpowiada za jej treść.
 

Zatrważająca diagnoza ("Stara kobieta wysiaduje")

Niepodobieństwem byłoby zdawanie relacji z fabuły obejrzanego spektaklu, jeśli ma się do czynienia ze sztuką wybitnego poety. A poetyckie metafory zawarte w dramacie scenicznym mogą niekiedy stanowić utrudnienie możliwie pełnego, osobistego odczytania utworu (asekuruję się, pisząc: osobistego, gdyż każdy ma przecież prawo do indywidualnego, niekoniecznie „kanonicznego” odbioru dzieła scenicznego). I ja – muszę przyznać – do niedawna miałem istotny problem z klarownym odczytaniem głębokich treści, zawartych w dramacie „Stara kobieta wysiaduje” Tadeusza Różewicza (brakowało mi idei, którą jednoznacznie ucieleśniałaby postać tytułowej kobiety). Jednak od soboty, 8 października, kiedy to obejrzałem ten dramat w mistrzowskiej reżyserii Marka Fiedora i w doskonałym wykonaniu aktorów Teatru im. Stefana Jaracza z Łodzi, przesłanie utworu nareszcie wydało mi się wystarczająco czytelne… Co wcale, niestety, nie poprawiło mi samopoczucia, ponieważ owo przesłanie wręcz zatrważa…

 

Przypomnijmy sobie. Czegóż oczekiwała tytułowa Stara Kobieta przesiadująca w nieskończoność w – wydawało się – ekskluzywnej kawiarni, która z czasem coraz bardziej przemieniała się w śmietnisko? Jakie wymagania miała owa Kobieta wobec kelnerów i przewijających się przez lokal (i przez śmietnisko), charakterystycznych postaci? Otóż, począwszy od tego, by szklanka była czysta, domagała się oczywistego (w jej mniemaniu) porządku rzeczy. Porządku, w którym przede wszystkim liczą się czystość, czułość, miłość, rodzenie dzieci… Tymczasem w lokalu (w Świecie) coraz trudniej jest o wyjednanie sobie tych – wydaje się – oczywistych „przywilejów”. Bo Świat coraz bardziej zmienia się – zrazu w targowisko próżności i śmietnisko, na którym nikt już nie jest tym, kim powinien być (m.in. przewijają się podejrzane postacie Lekarza, Arcybiskupa, Mecenasa). A potem zostaje tylko śmietnisko po pożodze wojennej, śmietnisko, na którym wysiadująca Stara Kobieta już nic od nikogo sobie nie wyjedna.

 

Kim tedy jest owa Kobieta, jaką ideę symbolizuje? W mnogości nasuwających się dotychczas idei – ostoi człowieczeństwa, uosobienia mądrości, reprezentantki uniwersalnych wartości albo wręcz Matki Natury – jakoś wciąż brakowało mi idei najklarowniejszej… I oto teraz już wiem! To Wieczna Kobiecość – ten uniwersalny czynnik, którego pochwałą kończy się genialny dramat Johana Wolfganga Goethego pt. „Faust”. („Wieczna Kobiecość nęci/ Wyżej i wyżej”). To ten czynnik, który wedle Goethego miał być wieczystą ostoją ludzkości, najważniejszym dynamizmem człowieczeństwa… a w twórczej wizji Tadeusza Różewicza dramatycznie straci na znaczeniu…

 

Niełatwo jest żyć z taką diagnozą.

Paweł Bera

 

Recenzja jest autorstwa Pawła Bery. Administrator rozewiczopen.pl nie odpowiada za jej treść.

 

Czytajmy sztuki teatralne ("Wyszedł z domu.Tak zwana komedia")

Kiedy kultura masowa zewsząd zalewa nas swymi pozornie błyskotliwymi produktami w co najmniej full HD, a coraz częściej także w 3D, szczęśliwie są jeszcze „ascetyczne” enklawy wyszukanej myśli i pogłębionej refleksji. Do takiej enklawy (nie przesadzam) trafiłem w niedzielne popołudnie, 9 października, w dniu dziewięćdziesiątych urodzin Tadeusza Różewicza. Na zaimprowizowanej scenie w jednej z sal Domu Kultury czytano wtedy dramat jubilata pt. „Wyszedł z domu”. Skromna oprawa tego czytania scenicznego – jak się okazało – nic nie odebrała na wskroś poetyckiemu dziełu teatralnemu, które jakby stworzone było do takich właśnie warunków.

 

Nie potrzeba wyszukanej scenografii ani zamaszystych gestów i krzyków, ażeby oddać dramat kobiety (nieprzypadkowo Ewy), której mąż ( celowo nie Adam, lecz po prostu Henryk) wyszedł z domu i nie wiadomo, czy wróci. Po cóż wyszukana inscenizacja, skoro np.napisany w sztuce, rzekomy komunikat radiowy brzmi: „ W godzinach rannych wyszedł z domu… i nie wrócił… podajemy rysopis… wzrost, twarz, oczy, nos… ubrany był… ktokolwiek wiedziałby o losie zaginionego, proszony jest”… Czyli ani jednego zbędnego słowa, skoro przecież nie o konkretnego męża i ojca tu chodzi, a o współczesnego mężczyznę w ogóle; skoro to nie konkretna żona się trwoży o los nieobecnego małżonka, a EWA – archetyp kobiety, żony, matki. Cała wizjonerskość tej „tak zwanej komedii”, po obejrzeniu której nikomu nie jest do śmiechu, zasadza się w diagnozie Tadeusza Różewicza, który – o dziwo – już w czasach „naszej małej stabilizacji” celnie rozpoznał, że współczesny mężczyzna wyszedł z domu… I nawet siłą doprowadzony z powrotem do domu nie poczuwa się do rzetelnego wypełnienia przypisanych mu z natury ról męża i ojca.

 

Ot, diagnoza Mistrza. Diagnoza, którą z polotem odczytało nam sześć osób – dwie kobiety i czterech mężczyzn; przygotowani przez Annę Wieczór-Bluszcz aktorzy zawodowi i pasjonaci teatru… W sumie były to osoby, które naprawdę serio potraktowały znany postulat Tadeusza Różewicza, ażeby czytać sztuki teatralne.

 

Paweł Bera

 

Recenzja jest autorstwa Pawła Bery. Administrator rozewiczopen.pl nie odpowiada za jej treść.
 

Poeta codzienności? ("Z Różewicza dyplom")

Dużym uproszczeniem albo wręcz niesprawiedliwością jest nazywanie Tadeusza Różewicza „poetą codzienności”. Bo choć ten poeta i dramatopisarz w swej twórczości częstokroć posługuje się opisami wydarzeń i postaci – wydawałoby się – banalnych, to przecież przesłania płynące z poszczególnych utworów zazwyczaj mają jak najbardziej uniwersalne znaczenie. Tym samym, dla przykładu, w skromnym mieszczańskim lokum (miejscu akcji kilku sztuk Tadeusza Różewicza) może się rozgrywać dramat równie istotny, co na królewskim dworze. A tylko trzeba mieć dobrą wolę, by go w tych czterech ścianach należycie ukazać.

 

Poczyniłem te wstępne zastrzeżenia, ponieważ po obejrzeniu spektaklu „Z Różewicza dyplom” w wykonaniu studentów PWSFTViT z Łodzi odniosłem wrażenie, że realizatorzy tego przedstawienia zbyt dosłownie zinterpretowali określenie „poeta codzienności”. Chyba zabrakło im owej dobrej woli, by pamiętać, że większość utworów teatralnych, z których wybrali sceny do przedstawienia, zawierała bardzo głębokie przesłania. I choćby dlatego właśnie w swoistym akcie sprawiedliwości wobec ich autora należałoby pokusić się o jakieś nowe, głębsze przesłanie wyłonionej składanki… W każdym razie ja w tej „mini komedii ludzkiej” nie dostrzegłem takiego przesłania.

 

Powyższe krytyczne uwagi nie powinny jednak przesłonić faktu, że młodzi aktorzy grali wyśmienicie. No, być może zabrakło w ich grze pewnej empatii w kreowaniu niektórych postaci, ale taki już jest przywilej młodego wieku, że częstokroć ważniejszy wydaje się być sceniczny fajerwerk od wydobywania subtelności. A popisem była już pierwsza scena, w które dwaj aktorzy mówili „Didaskalia i uwagi” z „Aktu przerywanego”… By z czasem było tylko coraz ciekawiej. Kolejne sceny z „Aktu przerywanego”, z „Dzidzibobo”, „Na czworakach”, „Grupy Laokoona”, „Świadków” i „Wyszedł z domu” potwierdzały tylko, że dyplom młodym aktorom się należy. A mnie najbardziej podobała się kwestia Felicji z „Pułapki”. Ale to pewnie dlatego, że ten jeden raz w grze młodej aktorki dostrzegłem dużą dozę empatii.

 

No i koniecznie odnotować muszę „wydarzenia historyczne”, tzn. „pierwszy w historii bis teatralny” oraz „pierwszy w historii, drugi bis teatralny”… A ponadto mam nadzieję zobaczyć kiedyś tych uzdolnionych aktorów w naprawdę ambitnych przedstawieniach.

 

Paweł Bera

 

Recenzja jest autorstwa Pawła Bery. Administrator rozewiczopen.pl nie odpowiada za jej treść.
 

Szkice do panoramy ("Krety i rajskie ptaki")

W jednym z wcześniejszych utworów prozatorskich Tadeusz Różewicz opisywał wizytę u okulisty, do którego poszedł w celu otrzymania recepty na nowe, „mocniejsze” szkła do okularów. Okulista ten ostrzegał poetę, że jeśli nie zaniecha męczenia oczu nadmiarem „przypadkowej” lektury, to w końcu może całkiem stracić wzrok. Jednak poeta nie potrafił i nadal nie może odmówić sobie czytania gazet i kolorowych czasopism. Nawet tych mocno przeterminowanych – sprzed miesiąca czy sprzed roku. Bo też metoda twórcza Mistrza zasadza się na wyszukiwaniu znaków naszych czasów, na próbach uchwycenia ducha współczesności w rozmaitych wiadomościach agencyjnych, banalnej publicystyce czy nawet w listach do redakcji kobiecych czasopism. A jak łatwo się domyśleć, dla takiej metody twórczej upływ miesiąca czy nawet roku może nie mieć żadnego znaczenia.

 

Toteż Iga Gańczarczyk (dramaturg) i Maciej Podstawny (reżyser) – autorzy scenariusza przedstawienia „Krety i rajskie ptaki” – mogli wykorzystać zarówno fragmenty najnowszych utworów Tadeusza Różewicza, jak i tych sprzed pięćdziesięciu lat. A efekt, czyli spektakl w wykonaniu znakomitych aktorów Teatru Dramatycznego z Warszawy przeszedł – jak śmiem twierdzić – najśmielsze oczekiwania. Bo oto 10 października na scenie Miejskiego Domu Kultury obejrzeliśmy rodzaj wystudiowanego eseju scenicznego, rodzaj próby naszkicowania duchowej panoramy współczesności. Piszę: próby naszkicowania, albowiem pełniejsze odmalowanie takiej panoramy jest wszakże niemożliwe… A tę niemożliwość symbolizowała także „niekompletna” scenografia, czyli jakieś nie do końca rozwinięte dywany i wykładziny, na których przypadkowo rozstawione były mocno sfatygowane krzesła, fotele i kanapa. I nawet robione przez aktorów w trakcie przedstawienia przemeblowania w niczym nie poprawiały wrażenia tymczasowości i bylejakości miejsca, którego właśnie nie można było doprowadzić do pełnego porządku.

 

Z mnogości cytatów z prozy i wierszy Tadeusza Różewicza, które wykorzystano w tym tragikomicznym w wymowie przedstawieniu, moją uwagę szczególnie przykuło kilka wątków. Na przykład koniecznie wspomnieć muszę o poruszających fragmentach opowiadania „Śmierć w starych dekoracja”. I o mistrzowskiej, „wyciszonej” kreacji Tadeusza Kowalskiego, który jako bohater opowiadania na koniec odkrył, że piękny posąg Sfinksa cały jest z tektury i papieru… Natomiast prawdziwie wstrząsający w wymowie był zagrany przez Dobromira Dymeckiego, zaimprowizowany wykład młodego Szweda, przedstawiciela Riksbanku. Aktor brawurowo zinterpretował w nim drugą część poematu „Recycling”, zatytułowaną „Złoto” (utwór pochodzi z poetyckiego tomu „Zawsze fragment. Recykling”). Była to opowieść o przechowywanym w zachodnich bankach złocie zagrabionym ofiarom holokaustu; o złocie, z którym jego obecni posiadacze tak bardzo nie chcą się rozstać, że aż gotowi są obstawać przy tym, iż holokaustu nie było… A już klasą samą dla siebie było aktorstwo Anny Kłos-Kleszczewskiej, która na początek grała blogerkę, bohaterkę satyrycznego tekstu „Przyj dziewczę przyj” z tomu „Kup kota w worku”. Czyli w sumie naiwne dziewczę planujące zostać celebrytką, a zarazem snobujące się na zwolenniczkę infantylnie rozumianej idei political correctness. Wspomniana znakomita aktorka wcieliła się również w rolę młodej, niedouczonej dziennikarki – ulubionego przedmiotu żartów Tadeusza Różewicza. A w poincie spektaklu, znów jako „słodka idiotka”, jakby na przekór całej swej „poprawności” konstatuje, że nawet gdyby w jakiejś wojnie wyginęła połowa ludzkości, to nic takiego, bo za sto lat populacja się odrodzi…

 

Próżno byłoby doszukiwać się jakiejś integralnej całości w przedstawieniu „Krety i rajskie ptaki”. Bo jakkolwiek chcielibyśmy oddać syntetyczną, duchową panoramę współczesności, to będzie to „zawsze fragment”.

 

Paweł Bera

 

Recenzja jest autorstwa Pawła Bery. Administrator rozewiczopen.pl nie odpowiada za jej treść.